Rzetelne wykorzystanie utworu – muzyka popularna w kampanii wyborczej

Media społecznościowe obiegła wiadomość, że sztab jednego z kandydatów na prezydenta zaczął wykorzystywać w kampanii utwory AC/DC oraz Dire Straits. Internauci zwrócili tutaj uwagę na fakt, że “T.N.T.” stał się motywem przewodnim kampanii i zapytali Sony Music Publishing o to, czy udzielono zgody na wykorzystanie muzyki AC/DC w kampanii wyborczej. Sony odpowiedziało, że taka zgoda nie została udzielona i że sytuacja jest analizowana pod kątem formalno-prawnym.

Sztab owego kandydata broni się tym, że wykupiono w ZAiKS licencję na wykorzystanie szeregu utworów, w tym wyżej wymienionych i twierdzi, że wskazane utwory nie są motywem przewodnim kampanii. Internauci kontrują, że “T.N.T.” jest wykorzystywany na wiecach wyborczych jako swoiste “intro” dla kandydata i że stał się głównym utworem kampanii wyborczej.

Skąd ta przepychanka? Zapewne wynika ze stanowiska ZAiKS, który na swojej stronie internetowej publikuje wytyczne, dotyczące wykorzystywania muzyki chronionej w celach politycznych: https://zaiks.org.pl/artykuly/2023/czerwiec/wykorzystanie-muzyki-w-kampanii-wyborczej – czytamy tam:

Kiedy należy uzyskać zgodę twórców lub spadkobierców na wykorzystanie utworu w kampanii wyborczej?

Taką zgodę należy uzyskać w przypadku, kiedy utwór ma zostać wykorzystany jako przewodni motyw kampanii (ogólnopolski, wybrany przez sztab i wykorzystany przez partię w przekazach w mediach ogólnokrajowych). ZAiKS informuje o konieczności uzyskania takiej zgody.

Kiedy wystarczy uzyskać licencję od organizacji zbiorowego zarządzania?

W przypadku kiedy utwory stanowią tło wydarzenia lub są grane na koncercie towarzyszącym wydarzeniu w kampanii wyborczej, wystarczy uzyskanie od organizacji zbiorowego zarządzania licencji na takie wykorzystanie twórczości.

Stąd zapewne wynika koncentracja na “motywie przewodnim kampanii”.

O co tak naprawdę chodzi? Prawa autorskie dzielą się na dwie kategorie: majątkowe (wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu) oraz prawa autorskie osobiste (które o wiele trudniej zdefiniować w sposób precyzyjny). ZAiKS jako organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi majątkowymi nie posiada uprawnień do udzielania komukolwiek zgody na wykorzystywanie praw autorskich osobistych, które oznaczają więź twórcy z utworem.

Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych nie wymienia wszystkich postaci praw autorskich osobistych, posługując się jedynie przykładowym wyliczeniem, zawartym w art. 16:

Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do:

1) autorstwa utworu;
2) oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania
go anonimowo;
3) nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania;
4) decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności;
5) nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.

Istotny z punktu widzenia jest art. 16 pkt 4, w którym mowa jest m.in. o rzetelnym wykorzystaniu utworu, tj. takim, które przede wszystkim zgodne jest z dobrymi obyczajami, co oczywiście jest kategorią szalenie ocenną. Podnosi się na przykład, że utwór nie może być wykorzystywany w celu sprzecznym z prawem, naruszającym cudze prawa i wolności (wyobraźmy sobie np. wykorzystanie czyjegoś utworu w ramach kampanii nawołującej do nienawiści na tle etnicznym, albo jako reklama dla działalności, będącej piramidą finansową). To jednak nie są jedyne kryteria; Sąd Apelacyjny w Białymstoku przytoczył np. w ramach praw autorskich osobistych prawo do ochrony „dobrej sławy dzieła” lub „dobrego imienia dorobku twórcy”, tj. prawo do przeciwdziałania zachowaniom, które mogą naruszać dobrą reputację (renomę) dzieła, bądź reputację samego autora, a także prawo do ochrony przed nieuprawnionym wykorzystywaniem elementów procesu twórczego i dorobku twórcy oraz przed przywłaszczaniem ich (wyrok z dn. 31.07.2012 r., I ACa 303/12). Sąd Apelacyjny w Warszawie wskazał, że prawo do rzetelnego wykorzystania wyboru “przejawia się w zakazie korzystania z utworu w sposób sprzeczny z zamysłem autora widocznym dla obiektywnego i uczciwego obserwatora” (wyrok z dnia 13.03.2014 r., VI ACa 1202/13).

Powiedzmy sobie otwarcie – polityka jest tematem drażliwym. Zarówno artyści, jak ich fani mają różne poglądy polityczne; niektórzy mają ambicje wyrażania swoich opinii, inni tego nie robią właśnie po to, by nie alienować swoich odbiorców. Wydaje się zatem, że zwłaszcza w sytuacji, w której spór polityczny jest tak zajadły, jak obecnie, należałoby zachować szczególną ostrożność przy próbach wykorzystania cudzej twórczości w kontekście politycznym – autor może po prostu nie chcieć być kojarzonym z określoną opcją polityczną.

W Polsce mieliśmy już zresztą przykłady, gdy twórcy protestowali przeciwko wykorzystaniu ich utworów w kontekście politycznym – zespół Lombard stanowczo sprzeciwiał się wykorzystaniu utworu “Przeżyj to sam” na wiecach wyborczych Platformy Obywatelskiej:

https://www.onet.pl/kultura/onetkultura/przezyj-to-sam-na-wiecu-po-lider-lombardu-wydal-specjalne-oswiadczenie/syh1950,681c1dfa

Nie mogłem znaleźć informacji na temat tego, czy sprawa znalazła swój finał w sądzie, natomiast z całą pewnością należy powiedzieć, że takie wykorzystanie utworu mogło naruszać autorskie prawa osobiste autorów.

Dodać oczywiście należy, że ochrona praw autorskich osobistych nie jest bezwarunkowa. Nawet naruszenie praw autorskich osobistych niekoniecznie może rodzić po stronie autora jakiekolwiek roszczenia; dzieje się tak tylko w przypadku, gdy naruszenie ma charakter bezprawny – przy czym przepisy wprowadzają domniemanie bezprawności naruszenia; innymi słowy, to osoba, wykorzystująca dany utwór musi wykazać, że uczyniła to zgodnie z prawem. Do takich okoliczności, wyłączających bezprawność, należeć może oczywiście zgoda autora na taki, a nie inny sposób wykorzystania utworu, ale także działanie w ramach dozwolonego ustawą użytku – na przykład na potrzeby dozwolonej krytyki, pastiszu, czy parodii – przy tym zastrzeżeniu, że autor oraz źródło utworu muszą być nadal, w miarę możliwości, podane.

Reasumując, w mojej ocenie, wykorzystanie utworów popularnych artystów w kontekście kampanii wyborczej – czy w jakimkolwiek otoczeniu politycznym – bez zgody autora jest co najmniej nieostrożne. Nie mam wątpliwości, że z uwagi na dość wrażliwe okoliczności, wykup licencji w ZAiKS (co załatwia problem praw autorskich majątkowych) jest niewystarczający, zaś autorom przysługuje prawo sprzeciwu wobec takich działań – oczywiście, pytanie jest takie, czy Angus i Malcolm Young w ogóle interesują się tym, co się w Polsce dzieje, czy przejmują się perspektywą przypisania ich do konkretnej polskiej opcji politycznej i czy postanowią podjąć jakieś kroki prawne.

Porażka komisji śledczej ds. Pegasusa – co poszło nie tak?

Dzisiaj Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił o nieuwzględnieniu wniosku Komisji Śledczej do zbadania legalności, prawidłowości oraz celowości czynności operacyjno-rozpoznawczych podejmowanych m.in. z wykorzystaniem oprogramowania Pegasus o ukaranie Zbigniewa Ziobry karą porządkową 30 dni aresztu w związku z jego niestawiennictwem na posiedzeniach Komisji.

Sprawę opisuje m.in. Wirtualna Polska: https://wiadomosci.wp.pl/sad-nie-wyrazil-zgody-na-areszt-ziobry-7141049735252832a

Sprawa jest pokłosiem faktu, iż Zbigniew Ziobro kilkukrotnie ignorował wezwania na posiedzenia komisji, natomiast skończyło się to zarządzeniem przez sąd jego zatrzymania i doprowadzenia na posiedzenie Komisji w dniu 31.03.2025 r. Sekwencja wydarzeń była taka, że Policja bezskutecznie poszukiwała Z. Ziobry w miejscu jego zamieszkania, po czym zatrzymała go po wyjściu z siedziby TV Republika o godzinie 10:34. W tym samym czasie Komisja już obradowała – o 10:39 przewodnicząca Komisji złożyła wniosek o skierowanie do SO w Warszawie wniosku o ukaranie polityka karą 30 dni aresztu. O 10:50 Komisja zakończyła posiedzenie, a chwilę później Zbigniew Ziobro został doprowadzony pod salę, w której się odbywało.

Z informacji udzielonych mediom przez rzeczniczkę SO w Warszawie wynika, że sąd zweryfikował u Policji i Straży Marszałkowskiej, czy członkowie Komisji mieli wiedzę na temat zatrzymania Zbigniewa Ziobry i okazało się, że byli o tym fakcie informowani w trakcie posiedzenia.

Jak to zatem wygląda w przepisach? Możliwość ukarania niesumiennego świadka (bądź każdej innej osoby, wzywanej przez sejmową komisję śledczą – np. biegłego), przewiduje art. 12 Ustawy o sejmowej komisji śledczej:

1. W przypadku gdy osoba, o której mowa w art. 11 obowiązek stawiennictwa na wezwanie komisji, ust. 1, bez usprawiedliwienia nie stawi się na wezwanie komisji, bez zezwolenia komisji wydali się z miejsca czynności przed jej zakończeniem albo bezpodstawnie uchyli się od złożenia zeznań lub złożenia przyrzeczenia, komisja może zwrócić się do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem o zastosowanie kary porządkowej.
2. Do postępowania w przedmiocie rozpatrzenia wniosku, o którym mowa w ust. 1, oraz wykonania orzeczonej kary porządkowej stosuje się odpowiednio przepisy Kodeksu postępowania karnego i Kodeksu karnego wykonawczego.
3. Komisji przysługuje zażalenie na odmowę zastosowania kary porządkowej. Do postępowania w sprawie zażalenia stosuje się odpowiednio przepisy Kodeksu postępowania karnego.

Czyli innymi słowy, ustawa odsyła do procedury karnej. Mowa tu o przepisach art. 285-289 kpk, które przewidują 3 rodzaje kar porządkowych: grzywnę w wysokości do 3000 zł, zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie oraz aresztowanie na okres do 30 dni. Oczywiście, w tym przypadku w grę wchodziły również regulacje Ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora – a w szczególności art. 10, który zakazuje zatrzymania lub aresztowania posła bez uprzedniej zgody Sejmu (chyba, że taka osoba została złapana na gorącym uczynku przestępstwa). Nie jest możliwe zastosowanie ani zatrzymania i przymusowego doprowadzenia, ani aresztowania posła lub senatora bez pozytywnego rozpoznania przez Sejm lub Senat wniosku o zgodę na takie działanie, przy czym należy też mieć na uwadze, że uchwała właściwej izby może dotyczyć jedynie konkretnych czynów, opisanych we wniosku. Nie da się zatem “uchylić immunitetu” czy to formalnego, czy materialnego – on nadal obowiązuje, jedynie możliwe jest pociągnięcie do odpowiedzialności danej osoby (lub użycie środków przymusu) w związku z dostatecznie zindywidualizowanym zdarzeniem – przestępstwem, uporczywym niestawiennictwem w charakterze świadka itp.

Co też zatem zdarzyło się w sprawie Zbigniewa Ziobry? Sąd doszedł do wniosku, iż skoro został on przymusowo doprowadzony przed Komisję, która miała wiadomość o jego zatrzymaniu, to faktycznie się stawił i nie ma przesłanek do stosowania aresztu. Nadmienić należy, że taki rezultat był możliwy do przewidzenia; istotą kar porządkowych nie jest bowiem uczenie kogokolwiek dyscypliny czy kultury, lecz umożliwienie przeprowadzenia konkretnej czynności postępowania. Dowodzą tego choćby art. 286 kpk: Karę pieniężną należy uchylić, jeżeli ukarany dostatecznie usprawiedliwi swe niestawiennictwo lub samowolne oddalenie się. Usprawiedliwienie może nastąpić w ciągu tygodnia od daty doręczenia postanowienia wymierzającego karę pieniężną., a także art. 287 § 3 kpk: Aresztowanie należy uchylić, jeżeli osoba aresztowana spełni obowiązek albo postępowanie przygotowawcze lub postępowanie w danej instancji ukończono.

Co więcej, art. 287 § 2 kpk wprost stanowi, że areszt może być zastosowany tylko w sytuacji, gdy zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie nie jest wystarczające. Skoro zatem Komisja – posiadając wiedzę, że Zbigniew Ziobro jest w drodze – postanowiła zamknąć posiedzenie, to poniekąd sama uniemożliwiła mu udział w przesłuchaniu.

Przykrym aspektem całej sytuacji jest również to, że uprzednio Komisja wnioskowała do Sądu Okręgowego w Warszawie o zgodę na zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie posła, zaś kiedy już był konwojowany, postanowiono jak najszybciej zamknąć posiedzenie, by powstał pretekst do ukarania go aresztem. Jest to przykład instrumentalnego traktowania zarówno sądu, jak i procedury karnej, a dodatkowo jeszcze ośmieszono Policję. W tym świetle dzisiejsze postanowienie winno mieć też walor dyscyplinujący dla członków Komisji.

O przesłuchaniu świadka w praktyce

Kontynuując niejako wpis z wczoraj, pomyślałem, że warto może również podzielić się pewnymi uwagami na temat zdarzenia, które stało się przyczyną knajackiego zachowania Jacka Ozdoby, czyli przesłuchania śp. Barbary Skrzypek. W przestrzeni publicznej krąży wiele mitów na temat tego, jak powinna wyglądać czynność przesłuchania, co w tej sprawie zrobiono nie tak, jak należy, więc może podzielę się własnymi doświadczeniami.

1. W przesłuchaniu nie uczestniczył protokolant

Wiele razy uczestniczyłem w przesłuchaniach w trakcie postępowania przygotowawczego, zarówno w prokuraturze, jak i na policji, dosłownie nigdy nie widziałem, by prowadzący czynność korzystał z pomocy protokolanta.

Art. 144 Kodeksu postępowania karnego wskazuje, że obecność protokolanta jest niezbędna wyłącznie w przypadku protokołowania rozprawy, natomiast protokół z innych czynności postępowania może zostać sporządzony albo przez prowadzącego czynność, albo przez inną osobę, która została w tym celu przybrana. Jasne tymczasem jest, że nikt nie będzie tego robić za darmo, a nie każdy prokurator może liczyć na to, że przydzieli mu się asystenta, bo tylu etatów w prokuraturze zwyczajnie nie ma.

2. Czynność przesłuchania nie była rejestrowana z urzędu/nikt nie złożył wniosku o rejestrację

Art. 147 § 1 kpk: Przebieg czynności protokołowanych może być utrwalony ponadto za pomocą urządzenia rejestrującego obraz lub dźwięk, o czym należy przed uruchomieniem urządzenia uprzedzić osoby uczestniczące w czynności.

Zasada jest zatem taka, że czynności są rejestrowane tylko wtedy, gdy prowadzący czynność tak postanowi. Od zasady tej są tak naprawdę 2 wyjątki, gdy rejestracja jest obligatoryjna:

  1. Przesłuchanie świadka lub biegłego utrwala się za pomocą urządzenia rejestrującego obraz i dźwięk, gdy zachodzi niebezpieczeństwo, że przesłuchanie tej osoby nie będzie możliwe w dalszym postępowaniu lub przesłuchanie następuje w formie zdalnej (147 § 2 kpk);
  2. Przesłuchania w tzw. “blue roomie” (147 § 2a kpk).

Dodatkowo, art. 147 § 2b kpk wskazuje, że nagrywa się również zapis dźwięku i obrazu rozprawy, chyba że “jest to niemożliwe ze względów technicznych”, co jak praktyka pokazuje, jest raczej regułą, niż wyjątkiem i sprowadza się do stwierdzenia przewodniczącego składu sędziowskiego, że “odstąpiono od rejestracji ze względu na brak możliwości technicznych”.

Uprzedzając pytania i wątpliwości, wskazać należy, że dodatkowo istnieje możliwość złożenia wniosku o rejestrowanie przez stronę rozprawy za pomocą urządzenia rejestrującego dźwięk (art. 358 kpk), przy czym przewodniczący może zawsze odmówić, jeśli stoi to w konflikcie z prawidłowym przebiegiem postępowania. Rejestrowanie jest oczywiście wykluczone, jeśli rozprawa prowadzona jest z wyłączeniem jawności, zaś postępowanie przygotowawcze ze swej istoty ma charakter niejawny.

O konieczności rejestrowania każdej czynności postępowania środowiska prawnicze mówią od wielu lat, zaś jeśli chodzi o mnie, to słyszę ten postulat od jakichś dwóch dekad, przy czym za każdym razem osoby odpowiedzialne za inicjatywę ustawodawczą odpowiadają dwoma argumentami:

  1. Nie ma na to środków;
  2. Gdyby odtwarzać zapis czynności na rozprawie, przyczyniłoby się to do przewlekłości postępowania.

Co do argumentu pierwszego, to on jest oczywiście zawsze dobry, skoro nie ma pieniędzy, to nie ma i po co drążyć. O ile wiem, to w niejednej prokuraturze brakuje pieniędzy nawet na papier do drukarek, więc…

Oczywiście nie da się takich czynności po prostu zarejestrować telefonem osobistym czy nawet służbowym, bo zawsze takie nagranie będzie potem kwestionowane, że było zmieniane, manipulowano przy nim itd. Szczegółowe warunki rejestracji czynności określa zresztą Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 11 stycznia 2017 r. w sprawie utrwalania obrazu lub dźwięku dla celów procesowych w postępowaniu karnym i nie przewiduje odstępstw od zasad.

Argument drugi rzeczywiście jest poważniejszy; faktem jest, że odczytanie protokołu jest czynnością o wiele mniej czasochłonną, niż odtworzenie nagrania. Łatwiej też jest odnaleźć w pisemnym protokole twierdzenia odnoszące się do faktów sprawy; nagranie z kolei pozwala uchwycić nie tylko wypowiedzi osoby przesłuchiwanej, lecz również jej reakcje emocjonalne, gesty itd., a zatem ująć pełniej przebieg protokołowanej czynności. Problematyczny jest również art. 147 § 3 kpk, który mówi, że jeżeli czynność procesową inną niż rozprawa utrwala się za pomocą urządzenia rejestrującego dźwięk albo obraz i dźwięk, protokół można ograniczyć do zapisu najbardziej istotnych oświadczeń osób biorących w niej udział – co wymaga albo późniejszego sporządzenia transkrypcji (znowu – pieniądze!), albo czasochłonnego i wielokrotnego odtwarzania zapisu z czynności, by móc następnie przełożyć treść oświadczeń świadków choćby do uzasadnienia wyroku. Nic natomiast nie stałoby na przeszkodzie traktować zapis audiowizualny jako element pomocniczy do protokołu pisemnego – choćby aby móc zweryfikować zgodność protokołu pisemnego z wypowiedziami osoby przesłuchiwanej.

Wydaje się zatem, że postulaty bezwzględnego rejestrowania czynności w postępowaniu karnym nie zostaną w najbliższej przyszłości zrealizowane.

Dodam, że nigdy nie miałem okazji zaobserwować rejestracji przesłuchania świadka lub podejrzanego w postępowaniu przygotowawczym (z wyjątkiem przesłuchań w blue roomach), aczkolwiek rejestrowanie jest chyba dość częste przy innych czynnościach, takich jak przeszukanie lub oględziny.

3. W 4 godziny przesłuchania zapisano tylko 9 stron protokołu? To niemożliwe!

Jeżeli ktoś kiedykolwiek uczestniczył w czynności przesłuchania świadka, zdaje sobie sprawę, że jednoczesne słuchanie i spisywanie protokołu jest czynnością czasochłonną. Umiejętność protokołowania w czasie rzeczywistym nie jest umiejętnością powszechną wśród przedstawicieli organów ścigania i – jak należy zakładać – wśród ogółu populacji. Inaczej kursy maszynopisania nie byłyby tak kosztowne.

Normalnie przesłuchanie wygląda w taki sposób, że osoba przesłuchiwana wypowiada 2-3 zdania, jest proszona o przerwę dla odnotowania i dopiero wtedy może kontynuować swoją wypowiedź. Poza tym, osoba przesłuchiwana ma prawo składać uwagi do protokołu, jeśli jej wypowiedzi zostały odnotowane niedokładnie. Normalną praktyką jest drukowanie protokołu “roboczego”, który przesłuchiwany sobie najpierw odczyta, potem zgłosi uwagi, następnie uwagi zostaną wciągnięte do protokołu głównego, który po wydrukowaniu dopiero jest podpisywany przez osobę przesłuchiwaną oraz inne osoby, uczestniczące w czynności.

Nie jest niczym nadzwyczajnym, że w ciągu 4 godzin powstało raptem 9 stron maszynopisu.

4. Protokół został sfałszowany

Protokół, który został opublikowany przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, wyraźnie zawierał parafkę osoby przesłuchiwanej na każdej stronie oraz jej podpis pod protokołem. Barbara Skrzypek potwierdziła swoim podpisem, że zapoznała się z treścią protokołu i nie zgłasza doń żadnych uwag. Nie przekonują w żaden sposób uwagi, jakoby miała problemy ze wzrokiem (chyba mogła mieć okulary korekcyjne), a jeśli nawet – protokół mógł jej zostać odczytany. Nikt natomiast nie powinien podpisywać protokołu, o którym uważa, że jest niedokładny lub zawiera twierdzenia, które nie padły.

Rzucanie podobnych oskarżeń w świetle tych faktów jest co najmniej niepoważne.

5. Odmówiono Barbarze Skrzypek uczestnictwa pełnomocnika i naruszono jej prawo do obrony (sic!)

Zacząć oczywiście należy od tego, że Barbara Skrzypek nie była podejrzaną, tylko świadkiem, i żadne prawo do obrony jej nie przysługiwało.

Zgodnie z treścią ujawnionego protokołu, pełnomocnik świadka nie został dopuszczony z uwagi na to, że organ uznał, że interes świadka nie wymaga obecności pełnomocnika.

Jest to oczywiście jak najbardziej legalne, co wynika z treści art. 87 § 3 kpk. Przepis ten jest skonstruowany w taki sposób, że uzależnia udział pełnomocnika od w zasadzie w pełni uznaniowej decyzji prowadzącego postępowanie – gdyż co prawda na zarządzenie prokuratora w tym przedmiocie przysługuje zażalenie, ale zasadniczo nie wstrzymuje wykonania czynności przesłuchania. Świadek może odmówić złożenia zeznań bez pełnomocnika do czasu rozpoznania zażalenia – ale naraża się wówczas na odpowiedzialność porządkową w postaci kary pieniężnej do 3000 zł – i może co najwyżej mieć nadzieję, że kara zostanie następnie uchylona.

Reguły dopuszczania pełnomocników dla świadka są zatem nieprzejrzyste i zdecydowanie wymagają korekty. Zdaje się, że Naczelna Rada Adwokacka formułuje postulat, by organ postępowania w ogóle nie mógł decydować o tym, czy świadek może ustanowić pełnomocnika, co również jawi się jako wątpliwe rozwiązanie – organ musi mieć też możliwość weryfikacji, czy w danym konkretnym przypadku nie istnieje na przykład potencjalny konflikt interesów, albo czy obecność pełnomocnika z jakichkolwiek przyczyn – na ogół pokrewnych czy pochodnych od ryzyka konfliktu interesów – nie wpłynie krępująco na świadka i treść jego zeznań; to oczywiście są tylko dwa możliwe przykłady.

Osobiście uważam, że poza wyjątkowymi sytuacjami, jeden pełnomocnik nie może reprezentować więcej niż jednego świadka w postępowaniu karnym, gdyż już sama rozbieżność między relacją świadka nr 1 a świadka nr 2 w niektórych przypadkach może prowadzić do tego, że wobec któregoś z nich zostanie wszczęte postępowanie np. o składanie fałszywych zeznań. Samo przyjmowanie pełnomocnictwa w takiej sytuacji jest proszeniem się o kłopoty. Jednoczesne reprezentowanie świadka i obrona podejrzanego również jest sytuacją bardzo niebezpieczną – jak należycie bronić klienta i jednocześnie reprezentować świadka, który go obciąża? Wydaje się to dopuszczalne jedynie w sytuacji, w której podejrzany bez zastrzeżeń przyznaje się do winy i zamierza złożyć wniosek o dobrowolne poddanie się karze – a zawsze może się potem rozmyślić, co i tak rodzi konieczność wypowiedzenia zarówno pełnomocnictwa świadkowi, jak i stosunku obrończego podejrzanemu/oskarżonemu.

Niestety, rzucane w przestrzeń postulaty modyfikacji procedury karnej nie zawierają jakichkolwiek rozwiązań wyżej przytaczanych problemów, analogicznie np. do art. 85 kpk (obrona kilku podejrzanych bądź oskarżonych). Inna rzecz, czy dopuszczalne jest zastosowanie w takiej sytuacji art. 317 § 2 kpk: W szczególnie uzasadnionym wypadku prokurator może postanowieniem odmówić dopuszczenia do udziału w czynności ze względu na ważny interes śledztwa albo odmówić sprowadzenia oskarżonego pozbawionego wolności, gdy spowodowałoby to poważne trudności. – przepis ten zasadniczo odnosi się tylko do stron i ich pełnomocników; świadek stroną oczywiście nie jest, natomiast wydaje się dopuszczalne stosowanie tego przepisu przez analogię, bo skoro można odmówić udziału w czynności np. obrońcy albo pełnomocnikowi pokrzywdzonego, to tym bardziej można to zrobić w odniesieniu do pełnomocnika świadka – a maiori ad minus.

Osobiście nigdy nie zetknąłem się z odmową dopuszczenia do udziału w czynności jako pełnomocnik świadka; raz tylko policjant próbował mnie przekonać, że moja obecność jest zbędna i że nie trzeba, przy czym udziału w czynności mi nie odmówił. Decyzja w tym przedmiocie akurat w tym przypadku powinna była należeć do klienta.

Trzeba też wskazać, że udział takiego pełnomocnika jest mocno ograniczony – jego rolą jest w zasadzie głównie interweniowanie w sytuacji, gdy organ zadaje świadkowi pytania sugerujące, lub narażające go na ryzyko odpowiedzialności karnej, jak również składanie zastrzeżeń do protokołu; zasadniczo może również zadawać pytania do świadka, ale tylko w zakresie dotyczącym bezpośrednio jego interesów i w praktyce – raczej za zgodą prowadzącego przesłuchiwanie (a jeśli pytania są uchylane, to ponownie – jedynie uwaga do protokołu czynności), wreszcie podpisanie protokołu.

W przestrzeni publicznej pojawiają się też spekulacje, że pełnomocnik nie został dopuszczony do udziału w czynnościach ze względu na fakt, iż w wielu postępowaniach reprezentował Jarosława Kaczyńskiego – tutaj oczywiście uwagi o konflikcie interesów powyżej, natomiast moim zdaniem, jeśli prokurator widziała ryzyko zaistnienia takiego konfliktu interesów, powinna była wydać postanowienie w trybie art. 317 § 2 kpk i napisać wprost o tej przyczynie, powołując się na dobro postępowania, wskazując jakie konkretnie przesłanki przemawiają za wyłączeniem konkretnej osoby od udziału w czynności. Osobiście, na jej miejscu w takiej sytuacji oświadczyłbym wprost, dlaczego uważam, że udział tej konkretnej osoby może stanowić zagrożenie dla prawidłowości postępowania i przedstawił 2 opcje: wyznaczamy kolejny termin przesłuchania, na który świadek może stawić się z innym pełnomocnikiem, albo przechodzimy do przesłuchania, ale bez udziału pełnomocnika. Stosowanie różnych forteli proceduralnych nie służy budowaniu zaufania do organów publicznych. Tymczasem ostrożnie podejrzewam, że mogło tutaj zadecydować stanowisko: “szkoda czasu, jak już wszyscy się stawili, to nie będziemy kombinować z nowym terminem”.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie opublikowała uzasadnienie pisemne zarządzenia o odmowie dopuszczenia pełnomocnika dla świadka, dostępne jest pod adresem: https://www.gov.pl/web/po-warszawa/publikacja-uzasadnienia-zarzadzenia-z-dnia-12-marca-2025-r-o-odmowie-dopuszczenia-do-udzialu-w-postepowaniu-pelnomocnika-osoby-nie-bedacej-strona

Z uzasadnienia zarządzenia wynika, że prokurator prowadząca postępowanie konsekwentnie stoi na stanowisku, iż podstawą odmowy udzielenia zgody na ustanowienie pełnomocnika dla świadka był mimo wszystko art. 87 § 3 kpk, czyli przyjęcie, że nie istniało ryzyko naruszenia praw świadka. W gruncie rzeczy, skoro już takie zarządzenie zostało wpisane do treści protokołu przesłuchania, to trudno byłoby się z niego teraz wycofywać i powoływać okoliczności związane z wyżej wspomnianym konfliktem interesów, czyli art. 317 kpk jako podstawę rozstrzygnięcia. Podkreślić natomiast należy, że skoro prokurator nie dopatrzyła się zagrożeń w udziale pełnomocnika dla prawidłowości postępowania – a przynajmniej nie wynika to z uzasadnienia – to przecież nic nie stało na przeszkodzie, aby zezwolić na jego udział w czynności, tertium non datur. Decyzja odmowna jawi się zatem jako wysoce arbitralna.

Zasadniczo wywód prawny nie budzi zastrzeżeń, z wyjątkiem poniższego fragmentu:

Z całą pewnością nie są to jedyne osoby, którym przysługuje prawo do ustanowienia pełnomocnika. i nie można tego kręgu sztucznie zawężać. Uzasadnienie tymczasem akcentuje fakt, że Barbara Skrzypek była jedynie świadkiem i nie było żadnych planów przedstawienia jej zarzutów, co poniekąd jest zgodne z treścią ujawnionego protokołu – pytania do świadka były dość precyzyjne i zorientowane na uzyskanie odpowiedzi na konkretne kwestie. Jeśli nawet, to w tak zarysowanych okolicznościach nic nie stało na przeszkodzie, by jednak ten pełnomocnik został do udziału dopuszczony – choćby jego rola ograniczać się miała do samej tylko obecności w celu dodania otuchy – zwłaszcza, że było to w interesie samej prokuratury, aby nikt potem nie snuł różnych teorii spiskowych o “sfałszowanych protokołach”. Jeśli zaś istniała obawa związana z konfliktem interesów, to wówczas jest inny przepis proceduralny, który pozwala ewentualnym niebezpieczeństwom zapobiec. Reasumując, nie wszystko, co jest formalnie zgodne z prawem, jest słuszne i właściwe.

6. A dlaczego Barbara Skrzypek nie mogła mieć pełnomocnika, a było dwóch pełnomocników Gerarda Birgfellnera?

Gerard Birgfellner jest w tym postępowaniu stroną – występuje jako pokrzywdzony i przysługuje mu inicjatywa dowodowa. Zasady udziału stron w czynnościach dowodowych określają art. 315-318 kpk, których lektura pozwala na wniosek, że można wyróźnić 4 kategorie czynności:

  1. Czynności dokonywane na wniosek strony;
  2. Czynności, których nie można powtórzyć na rozprawie;
  3. Sporządzenie opinii przez biegłych lub przesłuchanie w charakterze biegłego;
  4. Inne czynności śledztwa (np. podejmowane z urzędu czynności, które nie należą do kategorii z pkt 2-3).

Zasada jest taka, że strona i jej pełnomocnik (lub obrońca) zawsze mają prawo wziąć udział w czynnościach dokonywanych na ich wniosek. Przy czynnościach niepowtarzalnych oraz przesłuchaniu biegłych wyjątek stanowi sytuacja, w której podejrzany jest pozbawiony wolności (np. tymczasowo aresztowany), a jego sprowadzenie mogłoby powodować zwłokę, w następstwie której dowód zostanie utracony lub zniekształcony. Jedynie przy czynnościach prowadzonych z urzędu stronom i ich reprezentantom można w wyjątkowych sytuacjach odmówić udziału w czynności ze względu na ważny, dostatecznie skonkretyzowany interes śledztwa albo odmówić sprowadzenia podejrzanego/oskarżonego pozbawionego wolności, gdy spowodowałoby to poważne trudności.

Nie wiadomo, czy przesłuchanie Barbary Skrzypek było czynnością dokonaną z inicjatywy pokrzywdzonego lub jego pełnomocników – wówczas przepisy nawet nie zezwalają na wyłączenie strony lub jej pełnomocnika od czynności. Jeśli przeprowadzono ją z urzędu, to odmowa ich dopuszczenia wymagałaby wskazania przez prokuratora konkretnych okoliczności, uzasadniających obawę zagrożenia dla interesu śledztwa – co zasadniczo trudno jest sobie wyobrazić w sytuacji, w której dwóch pełnomocników reprezentuje jednego pokrzywdzonego (ale nie wtedy, gdy jeden pełnomocnik reprezentuje dwóch klientów – wówczas znów może potencjalnie mieć miejsce konflikt interesów, przy czym należy go dokładnie wskazać).

Kilka słów o groźbie karalnej

Niniejszy wpis został zainspirowany informacją, że prokurator Ewa Wrzosek złożyła zawiadomienie dotyczące możliwości popełnienia na jej szkodę przestępstwa, polegającego na groźbach karalnych ze strony Jacka Ozdoby, które to groźby miały być formułowane w dniu 17 marca bieżącego roku pod siedzibą Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Jacek Ozdoba, stojąc wówczas w otoczeniu innych polityków, wypowiedział następujące słowa: “ja ją popchnę, niech spie***la”. Poseł Marek Suski ostrzegał go wówczas, żeby nie pchnął za mocno, by “się nie przewróciła”.

Historia wraz z nagraniami video opisana jest dokładnie np. tutaj:

https://tvn24.pl/polska/ewa-wrzosek-zlozyla-zawiadomienie-w-sprawie-slow-jacka-ozdoby-st8380472

Z treści artykułu wynika, że prokurator Wniosek uznała, że zachowanie Jacka Ozdoby wyczerpało znamiona czynu z art. 190 § 1 Kodeksu karnego, przy jednoczesnym zaostrzeniu odpowiedzialności karnej w oparciu o art. 57a § 1 kk, czyli groźby karalnej w warunkach tzw. czynu chuligańskiego.

Co zatem mówi art. 190 § 1 Kodeksu karnego? “Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub na szkodę osoby dla niej najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w osobie, do której została skierowana lub której dotyczy, uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Elementy niezbędne dla zaistnienia groźby pozornie są raptem dwa:

  1. zapowiedź popełnienia jakiegoś przestępstwa na szkodę adresata lub osoby dla niego najbliższej;
  2. uzasadniona obawa spełnienia groźby u adresata lub osoby mającej być obiektem przyszłego przestępstwa.

Niby proste, ale nie do końca, ponieważ te dwie części i tak należy rozebrać na czynniki pierwsze, by zrekonstruować treść normy, wynikającej z przepisu.

Pojęcie przestępstwa, które jest przedmiotem wypowiedzi, zawiera się w art. 1 § Kodeksu karnego:

§ 1. Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto popełnia czyn zabroniony pod groźbą kary przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia.

§ 2. Nie stanowi przestępstwa czyn zabroniony, którego społeczna szkodliwość jest znikoma.

§ 3. Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego, jeżeli nie można mu przypisać winy w czasie czynu.

Jednakże, nie sposób na tym poprzestać, albowiem czynem zabronionym jest również wykroczenie, zdefiniowane w art. 1 Kodeksu wykroczeń. Tym samym, dla precyzji, należy mieć również na uwadze art. 7 kk:

§ 1. Przestępstwo jest zbrodnią albo występkiem.

§ 2. Zbrodnią jest czyn zabroniony zagrożony karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3 albo karą surowszą.

§ 3. Występkiem jest czyn zabroniony zagrożony grzywną powyżej 30 stawek dziennych albo powyżej 5000 złotych, karą ograniczenia wolności przekraczającą miesiąc albo karą pozbawienia wolności przekraczającą miesiąc.

Mamy zatem jasność, że odpowiedzialności karnej za groźbę karalną podlega zapowiedź popełnienia czynu, który jest zbrodnią lub występkiem, a zatem czynem przynajmniej zagrożonym karą grzywny powyżej 30 stawek dziennych, powyżej 5000 zł lub karą ograniczenia wolności przekraczającą miesiąc bądź też karą pozbawienia wolności, przekraczającą miesiąc. Do znamion czynu nie należy zapowiedź popełnienia wykroczenia, a więc czynu zabronionego, który zagrożony jest karą łagodniejszą. Nie ma przy tym znaczenia, czy przedmiotowe przestępstwo opisane jest w Kodeksie karnym, czy w innej ustawie (np. art. 107 Ustawy o ochronie danych osobowych), choć wydaje się poniekąd oczywiste, że np. czyny karnoskarbowe pozostają poza optyką tego przepisu – Skarbowi Państwa nie da się skutecznie grozić.

Zasadniczo do elementów konstrukcyjnych przestępstwa należy też szkodliwość społeczna, przekraczająca tzw. subminimalny poziom, oraz możliwość przypisana winy – niemniej, przy ocenie, czy sprawca groził popełnieniem przestępstwa, z reguły nie ma możliwości odniesienia się do tych kwestii, albowiem nie sposób przewidzieć, czy zapowiadany czyn będzie szkodliwie społeczny oraz czy będzie zawiniony, dopóki sprawca swej groźby nie zrealizował.

“Osobą najbliższą”, która może być potencjalną ofiarą zapowiadanego przestępstwa, jest małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu (art. 115 § 11 kk).

Zarówno orzecznictwo, jak i doktryna przyjmują zgodnie i konsekwentnie, że groźba nie musi być wyrażona wprost, tj. werbalnie, pisemnie itd., lecz wystarczające jest każde zachowanie sprawcy, które dostatecznie ujawnia jego zamiar – może to być np. wymachiwanie nożem przed twarzą ofiary, gest (choćby symulowane “podrzynanie gardła”) itd. Nacisk tutaj należy położyć na to, by komunikat sprawcy był wystarczający do odczytania intencji – np. słowa “będziesz miał poważne problemy” same z siebie mogą oznaczać wiele rzeczy – to może być równie dobrze zapowiedź użycia przemocy, jak i np. wszczęcia postępowania cywilnego o ochronę dóbr osobistych albo zawiadomienie nadzoru budowlanego o samowoli budowlanej. Istotny jest kontekst, który oczywiście podlega ocenie.

Przenosząc to na grunt komentowanej sprawy, przyjąć można, że Jacek Ozdoba deklarował słownie gotowość do co najmniej naruszenia nietykalności cielesnej Ewy Wrzosek, co rzeczywiście jest przestępstwem, opisanym w art. 217 Kodeksu karnego.

To natomiast nie wystarczy, by uznać, że rzeczywiście miała miejsce groźba karalna. Przestępstwo z art. 190 kk jest – zgodnie z zasadą wyrażoną w art. 8 kk zdanie drugie – przestępstwem umyślnym. Oznacza to, że sprawca musi mieć chęć wywołania u adresata ofiary jakiejś reakcji psychologicznej (stanu obawy o swoje zdrowie, życie, mienie, względnie osoby najbliższej), albo przynajmniej zakładać, że taka reakcja może zostać wywołana i się na to godzić. Warunkiem podstawowym jest zatem to, że działanie sprawcy musi obejmować zamiarem bezpośrednim lub ewentualnym również to, że groźba do adresata rzeczywiście dotrze. Sąd Najwyższy w wyroku z 3.03.2022 r., sygn. akt IV KK 307/21 wskazuje na przykład:

(…) Należy podkreślić, że zgodnie z tym przepisem karane jest zachowanie polegające na grożeniu innej osobie, zaś groźba ma u niej wzbudzić uzasadnioną obawę, że zostanie spełniona. Przepis ten

nie wymaga, by groźba została wyrażona w obecności tej osoby i bezpośrednio do niej skierowana. Groźba może zostać przekazana pokrzywdzonemu przez osobę trzecią lub innym sposobem komunikacji. Niemniej w każdym przypadku zamiarem sprawcy musi być dotarcie informacji zawierającej treść groźby do osoby, wobec której jest ona skierowana. Zamiarem sprawcy musi być bowiem objęte zachowanie, które stanowi atak na wolność konkretnej osoby. (…)

Analizując to, co wiadomo o sprawie, można powziąć wyraźne wątpliwości, czy rzeczywiście zrealizowano znamiona groźby karalnej na szkodę Ewy Wrzosek. Europoseł Ozdoba – co wywnioskować można z okoliczności, w których został nagrany – nie kierował swoich słów do Ewy Wrzosek, lecz do swoich kolegów z partii, a trudno zakładać, by spodziewał się, że przekażą jego słowa bezpośrednio zainteresowanej. Wydaje się zatem, że Jacek Ozdoba, gdy zapowiadał, że użyje wobec Ewy Wrzosek przemocy, nie miał zamiaru jej grozić, a jedynie pochwalić się przed kolegami swoją odwagą oraz sprawnością fizyczną – po ich reakcji można zresztą wywnioskować, że autentycznie im zaimponował.

Kolejnym elementem czynu jest realna obawa spełnienia groźby, oceniana według kryteriów obiektywnych. Tutaj oczywiście pojawia się pytanie, czy Jacek Ozdoba byłby zdolny poradzić sobie w walce z dorosłą kobietą, aczkolwiek okoliczności wskazują, że nie jest to kwestia przesądzająca. Można sobie wyobrazić bowiem, że Jacek Ozdoba dokonuje jakiegoś podstępnego ataku z zaskoczenia, a poza tym, towarzyszyli mu koledzy. Hipotetycznie zatem uznać należy, że gdyby słowa europosła Ozdoby dotarły do prokurator Wrzosek, miałaby ona prawo obawiać się realizacji groźby.

Reasumując, biorąc pod uwagę opisywane publicznie okoliczności zdarzenia, możliwość przypisania Jackowi Ozdobie odpowiedzialności za groźbę karalną wydaje się raczej niepewna i wątpliwa, a to z uwagi na to, że raczej nie miał on intencji, by jego zapowiedzi do pokrzywdzonej rzeczywiście dotarły, a wyszło to raczej przypadkiem – nie zdawał on sobie chyba sprawy z tego, że w ogóle jest nagrywany. Inną oczywiście kwestią jest moralna ocena tego zachowania, przy czym zdaje się, że między wierszami opisałem wyżej, co o tym sądzę i co wydaje się chyba dość oczywiste.

Komentarz do obywatelskiego projektu nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt – część I

22 maja 2024 r. Komitet Inicjatywy Ustawodawczej “STOP ŁAŃCUCHOM, PSEUDOHODOWLOM I BEZDOMNOŚCI ZWIERZĄT” złożył w Sejmie projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie zwierząt. Z końcem września bieżącego roku na swojej stronie internetowej Komitet poinformował o zebraniu imponującej liczby 534 077 podpisów pod projektem – z wymaganych 100 000 (chapeau bas!).

Projekt wraz z uzasadnieniem dostępny jest na stronie: https://prawadlazwierzat.pl/

Na wstępie podkreślić należy, że to pierwsza od wielu lat równie kompleksowa (a co za tym idzie – obszerna) nowelizacja Ustawy o ochronie zwierząt i dostrzec można, że autorzy projektu wyraźnie zidentyfikowali podstawowe bolączki systemu humanitarnej ochrony zwierząt w Polsce, przedstawiają również właściwe ich zdaniem rozwiązania. Pragnę odnotować, iż w mojej ocenie zdecydowana większość propozycji jest godna aprobaty, przy czym dostrzegam również kwestie, które uważam za warte dalszej dyskusji.

Projekt jest niezwykle obszerny, w związku z czym komentarz poniższy podzielony będzie na części – omówienie wszystkiego w jednym wpisie byłoby niezwykle czasochłonne, a ponadto mija się z celem.

Dalej przejść należy do konkretnych propozycji, z których część będzie rozpatrywana łącznie, zwłaszcza wtedy, gdy nie wymagają szczegółowych uwag. Zamierzam też pominąć te propozycje, które wydają się oczywiste.

1. Zmiany w definicjach ustawowych

W art. 4 autorzy proponują zmianę w definicji pojęć “humanitarnego traktowania zwierząt” (pkt 2), “okrutnych metod w chowie lub hodowli zwierząt” (pkt 7). “szczególnego okrucieństwa” (pkt 12), “zwierząt bezdomnych” (pkt 16), “zwierząt domowych” (pkt 17), “schronisk dla zwierząt” (pkt 25).

Jeśli chodzi o proponowane zmiany, zasadniczo można odesłać do uzasadnienia projektu, przy czym chciałbym zatrzymać się przy dwóch nowych definicjach: “szczególnego okrucieństwa” oraz “zwierząt bezdomnych”.

Nowa definicja “szczególnego okrucieństwa” – w porównaniu do obecnej – wskazuje, że szczególnie okrutnym będzie również zachowanie, wykazujące cechę powtarzalności, co wydaje się postulatem ze wszech miar słusznym. Mowa tutaj bowiem o zachowaniu uporczywym, wieloczynowym, zmierzającym wprost do wywarcia często nieodwracalnych bądź trudno odwracalnych zmian w psychice lub kondycji fizycznej zwierzęcia.

Warto przy tym zauważyć, że mamy tutaj do czynienia z pojęciem autonomicznym na gruncie Ustawy o ochronie zwierząt. Szczególne okrucieństwo jako znamię czynu zabronionego funkcjonuje również w Kodeksie karnym, przy czym nie jest zdefiniowane. Nawet mając na względzie zakaz wykładni homonimicznej (tj. by nie nadawać tym samym pojęciom innych znaczeń) – wydaje się, że intencją ustawodawcy było przede wszystkim uwzględnienie potrzeby ochrony samego zwierzęcia przed cierpieniem, czemu dał wyraz, ustanawiając definicję legalną. Niektóre z zachowań, ujętych w art. 4 pkt 12 Ustawy o ochronie zwierząt być może nie zostałyby na gruncie kodeksowych norm karnych uznane za “szczególnie” okrutne (a “jedynie” okrutne), w związku z czym uznać należy, że orzecznictwo, dotyczące takich przepisów, jak art. 148 § 2 pkt 1 kk, art. 197 § 4 kk, art. 207 § 2 kk itd., może być stosowane jedynie posiłkowo, choć w zasadzie jeśli określony zespół zachowań mógłby zostać uznany za szczególnie okrutny w myśl Kodeksu karnego, to tym bardziej takowym byłby na gruncie Ustawy o ochronie zwierząt.

Istotnym elementem nowego słowniczka pojęć ustawowych jest również nowa definicja zwierząt bezdomnych. Jest to kwestia o tyle doniosła, że w myśl dosłownej treści przepisów jedynie zwierzęta bezdomne mogą zostać objęte opieką gminy.

Obecna definicja wygląda następująco:

(…) zwierzęta domowe lub gospodarskie, które uciekły, zabłąkały się lub zostały porzucone przez człowieka, a nie ma możliwości ustalenia ich właściciela lub innej osoby, pod której opieką trwale dotąd pozostawały.

Propozycja zaś brzmi:

(…) zwierzęta domowe lub gospodarskie, które uciekły, zabłąkały się lub zostały porzucone przez człowieka, a nie ma możliwości ustalenia ich właściciela lub innej osoby, pod której opieką trwale dotąd pozostawały lub gdy właściciel lub dotychczasowy opiekun zwierząt zmarł, a nie ma możliwości niezwłocznego ustalenia spadkobierców lub skontaktowania się ze spadkobiercami – w terminie zapewniającym zwierzętom należytą opiekę, nie dłuższym niż 24 h od śmierci dotychczasowego właściciela lub opiekuna – albo w sytuacji gdy spadek przypada ostatnim spadkobiercom ustawowym w rozumieniu art. 935 ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 r. – Kodeks cywilny (Dz.U.2023.1610 t.j.)

Projektodawcy wychodzą tutaj naprzeciw bardzo istotnemu problemowi, związanemu z opieką nad zwierzętami, które w różnych okolicznościach utraciły dotychczasowego opiekuna. Życie oczywiście zna przypadki, gdy dochodziło do śmierci osoby, która sprawowała nad zwierzęciem opiekę i nadzór, co najczęściej prowadziło do sytuacji, gdy właściwie nikt takim zwierzęciem nie chciał się zająć – właściwa gmina zasłaniała się literalną treścią przepisów, że przecież zmarły ma jakichś spadkobierców, a więc zwierzę “bezdomne” nie jest.

Niestety, poza przypadkami śmierci, są również inne zdarzenia losowe – nagły, niespodziewany pobyt w szpitalu, ale również tymczasowe aresztowanie czy osadzenie w zakładzie karnym. Proponowany przepis nie rozwiązuje wątpliwości interpretacyjnych, związanych z przypadkami innymi, niż zgon właściciela. Jeżeli właściciel (opiekun) z przyczyn pozostających choćby częściowo poza jego wolą, nie może zająć się zwierzęciem, a nie ma nikogo innego, kto mógłby zrobić to dobrowolnie, to przecież i tak finalnie gmina musi udzielić zwierzęciu pomocy, co wynika z art. 7 ust. 1 i 3 Ustawy. Czasowe odebranie zwierząt nie ogranicza się wyłącznie do sytuacji, w których doszło do popełnienia przestępstwa; zwrot “zwierzę traktowane w sposób określony w art. 6 ust. 2 (…)” oznacza tak naprawdę, że zwierzę znajduje się w sytuacji, obiektywnie odpowiadającej skutkom tożsamym ze znęcaniem się nad nim (porzuceniem, utrzymywaniem w niewłaściwych warunkach bytowania itd.), niezależnie od tego, czy ta sytuacja jest zawiniona przez opiekuna lub właściciela. Problem niestety polega na tym, że dojście do takiego rozwiązania wymaga poczynienia pewnych zabiegów interpretacyjnych, a zwierzę należące np. do osoby zatrzymanej, tymczasowo aresztowanej, hospitalizowanej itd. nie odpowiada definicji zwierzęcia bezdomnego.

Wydaje się, że – przy okazji tak obszernej nowelizacji – możliwe byłoby również poruszenie tej kwestii i rozwiązanie jej w optymalny sposób; jeśli nie przez rozszerzenie definicji “zwierzęcia bezdomnego”, to poprzez modyfikację treści art. 7, np. poprzez dodanie art. 7 ust. 7:

7. Przepisy ust. 1-5 stosuje się odpowiednio w przypadku, gdy właściciel lub opiekun, z przyczyn niezależnych od siebie, nie może czasowo sprawować opieki nad zwierzęciem. Odebrane zwierzę podlega zwrotowi niezwłocznie po ustaniu przeszkody w sprawowaniu nad nim opieki przez właściciela lub dotychczasowego opiekuna.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że “niemożność sprawowania opieki” również może być kreatywnie interpretowana, np. “nie mogę zająć się psem, bo wyjeżdżam do pracy”. Wydaje się jednak, że po pierwsze: obiektywną niemożność zajęcia się zwierzęciem łatwiej jest ocenić, niż wchodzić w niuanse związane ze stosowaniem art. 7 do zwierząt, które wprawdzie nie są ofiarami przestępstwa, lecz i tak potrzebują wsparcia i opieki, a po drugie: obciążenie właściciela kosztami utrzymania zwierzęcia jest skutecznym motywatorem, by powstrzymać podobne zachowania.

W dalszej części projektodawca dodaje kolejne definicje, istotne z punktu widzenia reszty proponowanych przepisów. Wydaje się jednak, że przedstawienie ewentualnych uwag powinno korespondować z przepisami, do których te definicje się odnoszą, a zatem w którymś z kolejnych wpisów cyklu.

W następnej części zamierzam omówić zmiany w art. 6 ust. 2, nawiązując poniekąd do przepisów statuujących przestępstwo znęcania się nad zwierzęciem, czyli art. 35 Ustawy.

Ryzyko majątkowe wspólnika w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością

Do przygotowania niniejszego krótkiego opracowania skłoniła mnie rozmowa z pewną osobą, która zastanawiała się, czy wspólnik spółki z o.o. może ponosić odpowiedzialność własnym majątkiem za zobowiązania spółki. Okazuje się, że wiedza na ten temat nie jest tak powszechna, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało.

Czy więc wspólnik spółki z o.o. odpowiada za jej zobowiązania?

Co do zasady, NIE. Kodeks Spółek Handlowych w art. 151 § 4 wskazuje, że wspólnicy spółki z o.o. nie odpowiadają za jej zobowiązania. Spółka jest odrębnym podmiotem prawa, zaś za swoje zobowiązania odpowiada samodzielnie. Jednocześnie również od tej zasady istnieją pewne wyjątki, choć precyzyjniej rzecz ujmując – kwestia ryzyka związana jest nie ze statusem wspólnika spółki, lecz z łączeniem go z pewnymi funkcjami związanymi z zarządzaniem spółką.

Spółka w organizacji

W pierwszej kolejności należy tutaj poruszyć kwestię spółki w organizacji. Od momentu zawiązania umowy spółki przed notariuszem, staje się ona spółką w organizacji. Spółka taka jest tzw. ułomną osobą prawną, a oznacza to, że może nabywać uprawnienia i zaciągać zobowiązania. Jednakże, za zobowiązania spółki w organizacji solidarnie odpowiedzialna jest ona oraz osoby działające w jej imieniu, tj. zarząd lub pełnomocnika wskazanego uchwałą wspólników. Jeśli któryś ze wspólników (bądź wszyscy) wchodzi w skład takiego zarządu lub przyjmuje pełnomocnictwo do prowadzenia spraw spółki w organizacji – odpowiada on solidarnie ze spółką całym swoim majątkiem.

Odpowiedzialność zarządu

Podobna sytuacja dotyczy wspólników, którzy wchodzą w skład zarządu gotowej już spółki, aczkolwiek z pewnym ograniczeniem. Zgodnie, z art. 299 KSH:

Art. 299. § 1. Jeżeli egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna, członkowie zarządu odpowiadają solidarnie za jej zobowiązania.

§ 2. Członek zarządu może się uwolnić od odpowiedzialności, o której mowa w § 1, jeżeli wykaże, że we właściwym czasie zgłoszono wniosek o ogłoszenie upadłości lub wszczęto postępowanie układowe, albo że niezgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości oraz niewszczęcie postępowania układowego nastąpiło nie z jego winy, albo że pomimo niezgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości oraz niewszczęcia postępowania układowego wierzyciel nie poniósł szkody. (…)

Inaczej, jak w pierwszym przykładzie, tutaj warunkiem odpowiedzialności jest to, aby najpierw egzekucja wobec spółki okazała się bezskuteczna. Dodatkowym „buforem”, chroniącym członka zarządu spółki, jest zgłoszenie w odpowiednim czasie wniosku o ogłoszenie upadłości/postępowania układowego. Obowiązek złożenia takiego wniosku ciąży na każdym z członków zarządu spółki. Nadto, można się od tej odpowiedzialności uchylić w sytuacji, gdy dany wspólnik – członek zarządu nie złożył stosownego wniosku bez swojej winy.

Uwaga – jeśli chodzi o pojęcie „winy”, trzeba pamiętać, że winnym będzie tutaj nie tylko ktoś, kto nie złożył wniosku o stwierdzenie upadłości/wszczęcie postępowania układowego celowo, lecz również ten, kto nie dochował należytej staranności.

W podobny sposób do członka zarządu odpowiada likwidator. Toteż, jeśli wspólnik stanie się likwidatorem, może odpowiadać w podobny sposób.

Błędne lub fałszywe oświadczenie o wniesieniu kapitału zakładowego

Wraz z rejestracją spółki, członkowie zarządu obowiązani są do złożenia oświadczenia, że kapitał zakładowy został pokryty w całości.

W razie, gdyby okazało się, że oświadczenie to nie jest zgodne z prawdą, to – w wypadku, gdy złożenie nieprawdziwego oświadczenia było umyślne lub w następstwie niedbalstwa – ci sami członkowie zarządu solidarnie odpowiedzialni są wobec wierzycieli za wynikłą z tego szkodę przez 3 lata od założenia spółki bądź zarejestrowania podwyższenia kapitału zakładowego.

Kapitał zakładowy pełni kilka funkcji w spółce z o.o. – jest to w uproszczeniu z jednej strony kwota, którą spółka otrzymuje od wspólników na „rozruch” działalności (np. przez zakup środków trwałych), a z drugiej – swoista gwarancja, że spółka jest w stanie w razie sporu zaspokoić swoich wierzycieli. Wspólnicy, deklarując określoną wartość wniesionego wkładu w umowie spółki, powinni być przygotowani, że deklarowaną sumą spółka będzie w pewnym stopniu rozporządzać. Gdyby okazało się, że kapitał zakładowy w danej spółce jest pozycją czysto fikcyjną, a spółka nie dysponuje majątkiem wystarczającym na zaspokojenie wierzycieli do kwoty kapitału zakładowego – członkowie zarządu są odpowiedzialni za tę okoliczność.

Niezależnie od odpowiedzialności cywilnoprawnej, pozostaje również kwestia odpowiedzialności karnej – natomiast wykracza to poza ramy niniejszego opracowania.

Ponownie – odpowiedzialność ta zależna jest od tego, czy ktoś jest członkiem zarządu. Wspólnik, o ile nie pełni funkcji w zarządzie, może czuć się względnie bezpiecznie.

Podsumowanie

Rzeczywiście, wspólnicy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością nie muszą obawiać się tego, że ktoś będzie do nich kierował roszczenia, o ile powierzają prowadzenie spraw spółki osobom trzecim. W sytuacji jednak, gdy decydują się samodzielnie zarządzać sprawami spółki, muszą pamiętać o tym, że z mocy przepisów prawa następuje swoiste „przełamanie” granicy pomiędzy spółką kapitałową jako odrębną osobą prawną a jej wspólnikami.

Mając na uwadze, że niewiele osób pamięta o tej zależności, warto pokrótce przypomnieć o tych zasadach.

Czy można dostać “alimenty” na zwierzę?

Poniższe opracowanie zostało sporządzone jako porada na potrzeby postępowania rozwodowego. Stan faktyczny: Mężczyzna pozostawił żonę, pozostawiając pod jej opieką kilka psów, wymagających stałej opieki. Kwestie rozważane w pytaniu zadanym przez osobę, która zwróciła się z prośbą o wyrażenie opinii:

  • Czy pozostawienie zwierząt pod opieką osoby wbrew woli tej osoby jest porzuceniem?
  • Czy możliwe jest orzeczenie świadczeń alimentacyjnych na zwierzęta?

Przy okazji sformułowano dość ostrożną tezę o pewnym pokrewieństwie relacji właściciel – zwierzę oraz więzi prawnorodzinnej; charakter prawny zobowiązań wynikających z obu stosunków prawnych jest podobny, przy zachowaniu odmienności wynikających z zasady, iż zwierzęta – mimo poczynionej w systemie prawa polskiego dereifikacji – nie mają podmiotowości prawnej.

Porzucenie zwierząt jest zabronione przepisami Ustawy z dn. 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt; zachowanie takie stypizowane jest w art. 6 ust. 2 pkt pkt 11 jako znęcanie się nad zwierzętami:

Art. 6.(…)2.Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności:

(…)11) porzucanie zwierzęcia, a w szczególności psa lub kota, przez właściciela bądź przez inną osobę, pod której opieką zwierzę pozostaje;

Do wskazanego przepisu odsyła przepis karny art. 35 ust. 1a ww. ustawy, przesądzający, że zachowanie polegające na porzuceniu zwierzęcia jest zagrożone karą do 2 lat pozbawienia wolności, karą grzywny lub ograniczenia wolności.

Dla bytu wskazanego czynu zabronionego nie jest istotne wykazanie, czy w następstwie działania sprawcy zwierzę odniosło ból lub cierpienie, ponieważ już sam ustawodawca o tym przesądził (por. wyrok SN z dnia 16 listopada 2009 r., sygn. akt V KK 187/09, s. 13).

Pojawia się natomiast trudność w interpretacji pojęcia porzucenia zwierzęcia i jak miałaby wyglądać czynność sprawcza, aby można mówić o porzuceniu w sensie ścisłym. Problematyczne jest w szczególności stwierdzenie, czy wystarczy odnieść się do rozumienia porzucenia w sensie cywilistycznym (jako jednostronnej czynności prawnej podjętej w zamiarze wyzbycia się własności), czy może raczej oprzeć się na wykładni analogicznej do art. 210 § 1 Kodeksu karnego:

Kto wbrew obowiązkowi troszczenia się o małoletniego poniżej lat 15 albo o osobę nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny osobę tę porzuca, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Orzecznictwo dotyczące wskazanego przepisu karnego sugeruje, iż porzuceniem nie jest np. pozostawienie dziecka w szpitalu i następnie nieodebranie go przez rodziców, ponieważ może ono uzyskać natychmiastową opiekę.

Jeśli przyjąć, że do kwestii nieuregulowanych Ustawą o ochronie zwierząt należy stosować odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy, można argumentować, że porzuceniem zwierzęcia jest również np. świadome i dobrowolne pozostawienie go w schronisku (i każde inne zachowanie, które zmierza do wyzbycia się własności zwierzęcia).

Wskazać należy, że zagadnienie to swego czasu rozpoznawał Sąd Okręgowy w Krakowie na gruncie sprawy, w której stan faktyczny przedstawiał się następująco: pewien mężczyzna oddał psa rasy jamnik do schroniska dla zwierząt. Twierdził, że pies się przybłąkał, nie zna właściciela i jest to zwierzę bezdomne, co wzbudziło podejrzenie pracowników schroniska, którzy zawiadomili organy ścigania. W toku procesu oskarżony wskazał, że przez długi czas poszukiwał osób, które mogłyby zająć się psem, natomiast motywacją dla jego zachowania był fakt, iż jego dziecko cierpiało na alergię. Sąd wskazał, że:

(…) poza zakresem art. 4, zawierającym wyjaśnienie niektórych pojęć użytych na gruncie ustawy o ochronie zwierząt, pozostawione zostało wyrażenie „porzucenie”, z czego można zasadnie wnioskować, że ustawodawca nie nadal mu szczególnego znaczenia, w szczególności zaś odmiennego od tego, które staje się możliwe do ustalenia jako rezultat zastosowania wykładni języka powszechnego. Nie od rzeczy będzie przeto przypomnienie, że „porzucenie” to rzeczownik utworzony od bezosobowej formy czasownika „porzucać” , który między innymi oznacza: „opuścić, zostawić kogoś, coś, rozstać się z kimś, czymś, odstąpić” (Słownik Języka Polskiego PWN pod redakcją naukową prof. M. Szymczaka, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995 r., tom 2, str.796).

Podkreślić też warto, że w sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy, co wynika wprost z brzmienia art. 1 ust 2 omawianego aktu prawnego. W uwarunkowaniach niniejszej sprawy doniosłością odznacza się art. 180 kc, który stanowi, iż właściciel może wyzbyć się własności rzeczy ruchomej poprzez to, że w tym zamiarze rzecz porzuci. Dzieje się tak dlatego, gdyż ustawa o ochronie zwierząt nie zawiera przepisów cywilnoprawnych regulujących własność zwierząt, a zwłaszcza wypadki utraty tego prawa. Pozostawiając na uboczu sporne w doktrynie prawa cywilnego zagadnienie charakteru prawnego wyzbycia się własności rzeczy ruchomej poprzez porzucenie, odnotować wypada, że wymaga ono łącznego spełnienia dwóch przesłanek, a mianowicie faktycznej czynności pozostawienia rzeczy (rozstania się z nią) oraz wyrażenia zamiaru zrzeczenia się własności.

Powracając w realia rozpoznawanej sprawy skonstatować trzeba, że – w świetle racji wyartykułowanych we wcześniejszej części niniejszego uzasadnienia – wykluczona stała się akceptacyjna ocena Sądu odwoławczego dla zapatrywania skarżącego, jak też wyjaśnień oskarżonego, których wspólną cechą jest twierdzenie, jakoby pozostawienie psa w schronisku dla zwierząt samo z siebie nie stanowiło porzucenia zwierzęcia, a tym samym skutkowało zdekompletowaniem ustawowych znamion typu czynu zabronionego z art. 35 ust 1 a ustawy o ochronie zwierząt. Rzecz bowiem w tym, iż zarówno odwołanie się wyłącznie do dyrektywy języka powszechnego, jak również uzupełnienie jej o cywilistyczne ujęcie utraty prawa własności ruchomości poprzez porzucenie, doprowadziły Sąd Okręgowy do klarownej, aczkolwiek odmiennej (a wręcz przeciwnej) konkluzji. Otóż, przy ocenie czy konkretny przypadek rozstania się właściciela ze zwierzęciem może być kwalifikowany jako porzucenie (stanowiące ex lege przejaw znęcania się nad tą istotą żyjącą) relewantne znaczenie zyskuje jedynie fakt wyzbycia się posiadania zwierzęcia (niewątpliwy i zresztą niekwestionowany przez strony w uwarunkowaniach sprawy) oraz określony stosunek psychiczny człowieka do tej czynności zawierający w sobie chęć utraty własności zwierzęcia (ujawniony w wyjaśnieniach oskarżonego, a także potwierdzony uzewnętrznionymi przejawami jego działania). Natomiast okoliczności w jakich zwierzę zostało pozostawione przez dotychczasowego właściciela zachowują doniosłość w aspekcie (ewentualnego) wnioskowania co do zamiaru towarzyszącego tej osobie, jednakże dla bytu „porzucenia” obojętne jest czy do rozstania doszło w warunkach zapewniających zwierzęciu ochronę i opiekę (w tym ze strony jednostki powołanej specjalnie w tym celu), czy też nie. Z punktu widzenia prawnokarnego wartościowania owe okoliczności bez wątpienia rzutować będą również na ocenę stopnia społecznej szkodliwości (karygodności) czynu, a następczo – w układzie procesowym odznaczającym się wydaniem wyroku stwierdzającego winę – także na kwestię właściwego doboru środka reakcji prawnokarnej w związku z popełnieniem przestępstwa (do czego przyjdzie jeszcze wrócić w dalszym fragmencie uzasadnienia).

(Wyrok Sądu Okręgowego w Krakowie z dn. 21.08.2013 r., sygn. akt II Ka 356/13).

Jak widać, uzasadnienie wyroku wskazuje, że sąd zaakcentował aspekt cywilistyczny porzucenia, jako jednostronnej czynności prawnej, zmierzającej do wyzbycia się własności zwierzęcia. Nie sposób jednocześnie nie dostrzec, że konsekwentne posługiwanie się taką wykładnią rodzi istotne problemy. Skoro bowiem „(…) przy ocenie czy konkretny przypadek rozstania się właściciela ze zwierzęciem może być kwalifikowany jako porzucenie (…) relewantne znaczenie zyskuje jedynie fakt wyzbycia się posiadania zwierzęcia (…) oraz określony stosunek psychiczny człowieka do tej czynności zawierający w sobie chęć utraty własności zwierzęcia (…)”, to jak traktować w tej sytuacji wszelkiego rodzaju umowy darowizny, sprzedaży czy nawet (z pewnymi wyjątkami) adopcji zwierząt, skoro również zawierają one element wyzbycia się posiadania oraz utraty własności przez dotychczasowego właściciela?

Bardziej zatem zasadne jest opieranie wykładni art. 6 ust. 2 pkt 11 u.o.z. o reguły przyjęte na gruncie art. 210 § 1 Kodeksu karnego (porzucenie małoletniego lub osoby nieporadnej), a posługiwanie się cywilistycznym pojęciem „porzucenia” jedynie posiłkowo.

Na gruncie art. 210 § 1 kk Sąd Najwyższy sformułował następującą tezę:

„Porzucenie”, o którym mowa w art. 187 § 1 KK69 (obecnie art. 210 § 1 KK), oznacza działanie polegające na opuszczeniu dziecka lub osoby nieporadnej, połączone z zaprzestaniem troszczenia się o nią, bez zapewnienia jej opieki ze strony innych osób. Do istoty „porzucenia” należy więc pozostawienie osoby, nad którą miała być roztoczona opieka, własnemu losowi, przy czym chodzi tu nie tylko o zaniechanie sprawowania opieki nad osobą małoletnią lub nieporadną, lecz także o uniemożliwienie takiej osobie udzielenia natychmiastowego wsparcia. […]przez określenie „pozostawia” w rozumieniu art. 163 § 1 KK69 należy rozumieć opuszczenie osoby będącej w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia, a także wstrzymanie się od działania na rzecz tej osoby przez osobę, która ma obowiązek troszczenia się o nią. Natomiast „porzucenie”, o którym mowa w art. 187 § 1 KK69 (obecnie art. 210 § 1 KK), oznacza działanie polegające na opuszczeniu dziecka lub osoby nieporadnej, połączone z zaprzestaniem troszczenia się o nią, bez zapewnienia jej opieki ze strony innych osób. Do istoty „porzucenia” należy więc pozostawienie osoby, nad którą miała być roztoczona opieka, własnemu losowi, przy czym chodzi tu nie tylko o zaniechanie sprawowania opieki nad osobą małoletnią lub nieporadną, lecz także o uniemożliwienie takiej osobie udzielenia natychmiastowego wsparcia. W pojęciu „porzucenia”, inaczej niż przy „pozostawieniu”, występuje również czynnik podmiotowy, wyrażający się brakiem zainteresowania się o los owej osoby, pozostawionej bez opieki.

(Uchwała SN z dnia 4 czerwca 2001 r., sygn. V KKN 94/99)

Należy pamiętać, że mamy do czynienia ze specyficzną więzią łączącą opiekuna i zwierzę; można nawet zaryzykować tezę, że relacja zwierzę – właściciel jest bliższa w swej istocie jakiejś formie więzi quasi – prawnorodzinnej, niż typowemu prawu własności. Oczywiście zwierzęta nie posiadają w sensie jurydycznym praw podmiotowych, natomiast na każdym opiekunie zwierzęcia ciążą obowiązki zbliżone w pewnym sensie do świadczeń alimentacyjnych, tj. obowiązek zapewnienia schronienia, pożywienia, właściwej opieki lekarskiej humanitarnego traktowania, wolności od niehumanitarnego traktowania etc. Warto zestawić ze sobą treść art. 1 ust. 1 Ustawy o ochronie zwierząt, który wskazuje:

Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.

oraz art. 87 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego:

Rodzice i dzieci są obowiązani do wzajemnego szacunku i wspierania się.

Wydaje się zatem, że pewnego rodzaju podobieństwo jest widoczne na pierwszy rzut oka.

W takim świetle zachowanie polegające na zaniechaniu opieki nad zwierzęciem wchodzącym w skład majątku wspólnego i opuszczeniu miejsca jego pobytu oraz odmowa świadczeń na jego utrzymanie wypełniałaby znamiona przestępstwa z art. 35 ust. 1a u.o.z. wyłącznie w sytuacji, gdyby inne osoby obowiązane do opieki nad zwierzęciem nie były obiektywnie w stanie mu tej opieki zapewnić, a sprawca musi taką okoliczność co najmniej przewidywać. Niewątpliwie natomiast podobne zachowanie jest rażąco sprzeczne z regułami współżycia społecznego.

Natomiast każdy opiekun zwierzęcia, który na skutek okoliczności leżących po stronie innego opiekuna został zmuszony do przejęcia wyłącznej pieczy nad takim zwierzęciem, ma pełne prawo domagania się od pozostałych właścicieli nakładów poniesionych na zapewnienie zwierzęciu właściwych warunków bytowania.

Warto przytoczyć tutaj treść następujących przepisów Kodeksu cywilnego:

Art. 200.

Każdy ze współwłaścicieli jest obowiązany do współdziałania w zarządzie rzeczą wspólną.

Art. 205.

Współwłaściciel sprawujący zarząd rzeczą wspólną może żądać od pozostałych współwłaścicieli wynagrodzenia odpowiadającego uzasadnionemu nakładowi jego pracy.

Art. 207.

Pożytki i inne przychody z rzeczy wspólnej przypadają współwłaścicielom w stosunku do wielkości udziałów; w takim samym stosunku współwłaściciele ponoszą wydatki i ciężary związane z rzeczą wspólną.

Powyższe przepisy znajdują jednak zastosowanie dla typowej współwłasności, natomiast w sytuacji gdy zwierzęta wchodzą w skład małżeńskiej wspólności majątkowej, właściwsze jest odniesienie do Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego:

Art. 36.

§ 1. Oboje małżonkowie są obowiązani współdziałaćw zarządzie majątkiem wspólnym, w szczególności udzielać sobie wzajemnie informacji o stanie majątku wspólnego, o wykonywaniu zarządu majątkiem wspólnym i o zobowiązaniach obciążających majątek wspólny.

Art. 45.

§ 1. Każdy z małżonków powinien zwrócić wydatki i nakłady poczynione z majątku wspólnego na jego majątek osobisty, z wyjątkiem wydatków i nakładów koniecznych na przedmioty majątkowe przynoszące dochód. Może żądać zwrotu wydatków i nakładów, które poczynił ze swojego majątku osobistego na majątek wspólny. Nie można żądać zwrotu wydatków i nakładów zużytych w celu zaspokojenia potrzeb rodziny, chyba że zwiększyły wartość majątku w chwili ustania wspólności.

Wszystko oczywiście należy rozpatrywać zgodnie ze stanem faktycznym; jest to zależne od tego, jaki stosunek łączy współwłaścicieli. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy z nich ma prawny obowiązek utrzymania zwierzęcia i są również zobowiązani do porozumienia w tym zakresie.

Podkreślić jednakże należy, że chociaż prawo rodzinne nie wskazuje wprost możliwości wytoczenia na rzecz zwierząt powództwa alimentacyjnego (i takie powództwo byłoby wręcz niedopuszczalne, gdyż jest ono zależne od zdolności prawnej podmiotu – zwierzęta podmiotami prawa nie są i takiej zdolności nie posiadają), brak jest jakichkolwiek przeszkód, aby fakt sprawowania wyłącznej opieki nad zwierzętami był podstawą do świadczeń alimentacyjnych na rzecz małżonka, który nie został uznany wyłącznie winnym rozkładu pożycia. Zwierzęta, zwłaszcza domowe, stanowią z jednej strony składnik majątkowy (ale szczególnego rodzaju, bo wiążący się głównie z obciążeniami, nie zaś korzyściami w sensie ekonomicznym), lecz z drugiej strony, jak podniesiono wcześniej, na właścicielu ciąży szereg obowiązków wobec utrzymywanych zwierząt, jego swoboda rozporządzania zwierzęciem jest bardzo silnie ograniczona przez przepisy powszechnie obowiązującego prawa, a dodatkowo wartość utrzymywanego zwierzęcia domowego jest w pierwszej kolejności emocjonalna, nie zaś ekonomiczna. Zbycie, choćby i odpłatne zwierzęcia domowego nie jest tym samym, co zbycie jakiegokolwiek innego składnika majątkowego. Również pobieranie ze zwierząt pożytków ma swoje wyraźne ograniczenia. Niedopuszczalne zatem wydaje się traktowania nabycia pełnej własności zwierząt jako typowego przysporzenia majątkowego, uzasadniającego zmniejszenie świadczeń alimentacyjnych, podstawy do potrącenia roszczeń wzajemnych oraz jakiegokolwiek miarkowania należnych świadczeń na niekorzyść uprawnionego. Innymi słowy, posiadanie zwierząt domowych jest głównie obowiązkiem, a nie korzyścią majątkową.

Biorąc powyższe pod uwagę, należy jednoznacznie przesądzić, że okoliczność utrzymywania zwierząt domowych pozostających dotychczas pod wspólną opieką małżonków zalicza się do usprawiedliwionych potrzeb uprawnionego do świadczeń alimentacyjnych w myśl art. 60 § 1 k.r.o. i zdecydowanie winna wpływać na wysokość świadczeń alimentacyjnych po rozwiązaniu małżeństwa. Stopień owych usprawiedliwionych potrzeb z tego tytułu powinien zostać ustalony w sposób obiektywny, uwzględniający ilość, gatunek, rasę, wiek a także stan zdrowia zwierzęcia.

Należy stanowczo podkreślić, że nie można mówić w żadnym wypadku o „alimentach” na psa czy kota. Zwierzęta nie są podmiotami prawa i nie mogą być traktowane jako uprawnione do świadczeń rodzinnoprawnych. Jednakże, osoba, która w wyniku rozstania (rozwodu, separacji) staje się zmuszona do utrzymywania zwierząt, które do tej pory były chowane wspólnie, może domagać się od dotychczasowego partnera odpowiednio zwiększonych świadczeń o charakterze alimentacyjnym, uwzględniających potrzeby tychże zwierząt. Warto mieć na uwadze, że koszty utrzymania zwierząt czasami potrafią być spore – wyobraźmy sobie np. konia czystej krwi arabskiej, który wymaga intensywnej pielęgnacji, opieki lekarza weterynarii, jak również treningu. Nie można zatem twierdzić, że kwestie poruszone w niniejszym opracowaniu nie mają prawnej doniosłości, choć sytuacje, w których mają one znaczenie, mogą wydawać się sporadyczne.

adw. Piotr Piotrowski